2003  nr. 1
 
  Redakcja składa podziękowanie Ojcu Czesławowi Drążkowi SJ oraz Ojcu Stanisławowi Groniowi SJ za pomoc merytoryczną i udostępnienie archiwów i materiałów zdjęciowych. Serdeczne Bóg zapłać! 
 
 
 Poszedł w ślady Chrystusa 1   
 
 Syn ziemi wołyńskiej 2   
 
 Podążając za głosem powołania 3   
 
 Witaj Madagaskarze 4   
 
 Choroba ubogich 5   
 
 Dzieło Matki Najświętszej 6   
 
 W drodze na ołtarze 7   
 
 Pośród błogosławionych 8   
 
 Kapłan, lekarz, człowiek 9   
 
 Całe jego życie 10   
 
 Uzdrowienie ciała i duszy 11   
 
 Madagaskar - 100 lat później 12   
 
 Choć uleczalny - nadal groźny 13   
 
 Litania 
do błogosławionego Jana Beyzyma
14   
 
 
 
 
 
 
 
wydawnictwo   prenumerata sprzedaż wysyłkowa  sklep   kontakt  strona główna
 
  
  Uzdrowienie ciała i duszy
 
  W 1997 r. pan Marcin Hołda, jadąc do Gdańska na ślub swojego kolegi, pod Piotrkowem Trybunalskim uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu. Długo leżał nieprzytomny w szpitalu. W tym czasie bliscy i przyjaciele pana Marcina przeżywali trudne chwile lęku o jego życie. Nie ustawali w modlitwie. Jeden z przyjaciół rodziny zamówił Mszę św. w jego intencji. Nabożeństwo odbyło się w kościele oo. jezuitów pod wezwaniem św. Barbary w Krakowie. O wstawiennictwo u Boga proszono o. Jana Beyzyma. Niemal w tym samym czasie pan Marcin odzyskał przytomność.
 
 
  
Po beatyfikacji do ołtarza na krakowskich Błoniach ruszyła procesja z relikwiami błogosławionych, umieszczonymi w specjalnie na tę okazję wykonanych relikwiarzach. Wśród uczestników procesji był cudownie uzdrowiony pan Marcin Hołda wraz z małżonką Elżbietą. Relikwie bł. Jana Beyzyma ofiarowali Papieżowi oo. jezuici.

Fot. Przemysław Fisior

 
 
  - Ojciec Jan Beyzym odegrał w Pana życiu ważną rolę. W jaki sposób za jego wstawiennictwem odczuł Pan działanie łaski Bożej?

- Gdy leżałem nieprzytomny w szpitalu, nie dawano mi wielkich szans na przeżycie. Rodzina i znajomi zamówili Mszę św. w mojej intencji i prosili o wstawiennictwo Ojca Beyzyma. Niedługo potem odzyskałem świadomość i zacząłem powoli wracać do zdrowia. Fizycznego cierpienia nie pamiętam w ogóle. Później zaczął się inny proces wyzdrowienia, czyli uzdrowienie ducha. To było coś wspaniałego. Zdałem sobie sprawę, jak bardzo dotychczas byłem daleki od spraw Boskich i jak bardzo przywiązany do tego, co jest tutaj, na ziemi. Gdy dowiedziałem się, komu zawdzięczam powrót do zdrowia, zacząłem interesować się postacią Ojca Beyzyma, zacząłem dużo czytać na jego temat. Zafascynowała mnie jego osoba i to, co czynił. Myślę, że bliższe zapoznanie się z Ojcem Beyzymem też przyczyniło się do mojego nawrócenia.

- Kim jest dla Pana człowiek, który tak bardzo poświęcił się dla bliźniego? Czy nadal Panu w jakiś sposób pomaga?

- Traktuję Ojca Beyzyma przede wszystkim jako wspaniałego doradcę życiowego, który dyskretnie pomaga, podpowiada. Podam przykład takiej pomocy: kiedy żona była w ciąży, bardzo chciałem, żeby urodził się chłopiec. Nawet wymyślałem mu już imiona. Pewnego dnia żona powiedziała do mnie: jak to będzie dziewczynka, to będzie miała na imię Olga. Odpowiedziałem: dobrze. Następnego dnia czytając po raz kolejny listy Ojca Beyzyma dowiedziałem się, że jego matka nazywała się Olga Stadnicka. Jestem pewien, że to nie był zbieg okoliczności. I urodziła się Olga. Mam nadzieję, że będzie zdrowa i urodzi nam kiedyś wnuka, który będzie takim wspaniałym człowiekiem jak Jan Beyzym.

- Jak Pan jako "namacalny dowód skuteczności Boga poprzez świętych" przeżył to wielkie wydarzenie, jakim dla Kościoła jest beatyfikacja Sługi Bożego? Co Pan czuł podczas Mszy św. na Błoniach?

- Przede wszystkim ogromną radość, wdzięczność i wzruszenie. Nie wiem, dlaczego akurat ja zostałem wybrany jako ten, który doznał uzdrowienia. Ludzie, którzy się o to modlili, właściwie błagali Boga za kogoś, kto był daleki od wiary. Miłosierdzie Boga nie zna jednak granic.

- Jak teraz, po tych wszystkich doświadczeniach, podchodzi Pan do spraw wiary?

- Teraz, gdy napotykam na problem, zwracam się z nim do Pana Boga. Mówię Mu: Panie Boże, stworzyłeś mnie, jestem Twoim dzieckiem, Ty ten problem jakoś na pewno rozwiążesz. Przy okazji często też "podpieram się" o. Beyzymem, aczkolwiek uważam, że nie należy go nadużywać. Jest przecież tylu innych ludzi, którzy też potrzebują pomocy, dlaczego to mam być tylko ja. Nie można myśleć tylko o sobie.

- Czy zmienił się również Pana pogląd na życie?

- Tak. Teraz staram się żyć zgodnie z przykazaniami, zachować spokój i równowagę ducha, z pokorą przyjmować wszystko, co niesie los i cieszyć się każdą małą rzeczą, na przykład słońcem czy piękną pogodą. Nie staram się niczego od życia wymagać. Trzeba umieć doceniać to, co się ma.

- Pozwolę sobie zapytać Pana o dość osobistą sprawę: jak teraz, po nawróceniu, rozmawia Pan z Bogiem?

- Modlę się idąc ulicą, jadąc w tramwaju, w takich zupełnie prozaicznych sytuacjach. Dopiero po nawróceniu zacząłem uczyć się modlitwy. Natomiast kiedy przychodzę do Kościoła, to odczuwam obecność Boga całym sercem, całą duszą i wydaje mi się, że to jest właściwa modlitwa.

- Proszę na koniec zdradzić Czytelnikom, czym się Pan zajmuje na co dzień?

- Fotografią reklamową i artystyczną. Fotografuję wszystko, co jest interesujące i przede wszystkim piękne. Bardzo lubię robić zdjęcia ludziom, tworzyć ich portrety psychologiczne i odkrywać osobowość. Jeżdżę także w plener, by uchwycić ciekawe pejzaże, krajobrazy. Kocham to, co robię.

- Jestem wdzięczny, że zechciał Pan wygospodarować trochę czasu i podzielić się swymi niezwykłymi doświadczeniami z Czytelnikami miesięcznika "Nasza Arka". Życzę wiele zdrowia i błogosławieństwa Bożego, a kiedy przyjdzie trud i krzyż, żeby Pan zawsze brał przykład z o. Beyzyma i tak jak on mężnie stawiał czoła wszelkim trudnościom. Ma Pan przecież wyjątkowego protektora.

Rozmawiał o. Stanisław Groń SJ
 
 
Tygodnik Tygodnik DOMINIK Tygodnik Miesiecznik Służba