2003  nr. 1
 
  Redakcja składa podziękowanie Ojcu Czesławowi Drążkowi SJ oraz Ojcu Stanisławowi Groniowi SJ za pomoc merytoryczną i udostępnienie archiwów i materiałów zdjęciowych. Serdeczne Bóg zapłać! 
 
 
 Poszedł w ślady Chrystusa 1   
 
 Syn ziemi wołyńskiej 2   
 
 Podążając za głosem powołania 3   
 
 Witaj Madagaskarze 4   
 
 Choroba ubogich 5   
 
 Dzieło Matki Najświętszej 6   
 
 W drodze na ołtarze 7   
 
 Pośród błogosławionych 8   
 
 Kapłan, lekarz, człowiek 9   
 
 Całe jego życie 10   
 
 Uzdrowienie ciała i duszy 11   
 
 Madagaskar - 100 lat później 12   
 
 Choć uleczalny - nadal groźny 13   
 
 Litania 
do błogosławionego Jana Beyzyma
14   
 
 
 
 
 
 
 
wydawnictwo   prenumerata sprzedaż wysyłkowa  sklep   kontakt  strona główna
 
  
  Witaj Madagaskarze
 
  Zanim o. Beyzym wyruszył do trędowatych, musiał udać się wpierw do Tuluzy, by uzyskać szczegółowe informacje o przyszłej pracy. Korzystając z krótkiego pobytu we Francji, odwiedził Matkę Bożą w Lourdes. Jej właśnie złożył w ofierze czekającą go misję.
 
  Do celu swojej podróży - Tananariwy, stolicy Madagaskaru - o. Beyzym dotarł w przedostatnim dniu roku 1898. Wrażenie z pierwszej wizyty w schronisku dla trędowatych w Ambahiwurak mało nie ścięło go z nóg. Ojciec Jan nie przypuszczał, że aż w tak wielkiej nędzy żyją ludzie cierpiący na trąd.
W walących się barakach, bez okien i podłogi, przebywało około stu pięćdziesięciu pacjentów. Niektórzy z nich po prostu leżeli w błocie. Miejscowe władze zupełnie nie zajmowały się ich losem. Jedyną pomoc chorzy otrzymywali od francuskich misjonarzy, lecz i ta ograniczała się do dostarczania skromnych racji ryżu oraz - raz do roku - płachty płótna służącej za ubranie.
 
 
  
O. Beyzym wiedział, że jego misja nie będzie łatwa. Zaskoczyła do jednak zupełna obojętność władz i społeczeństwa wobec trędowatych.
sW jednym z listów napisał: "Jadąc sądziłem, że zastanę, jeżeli nie porządny, to przynajmniej siaki taki szpital, a zastałem najokropniejszą nędzę i nic więcej".

Fot. archiwum księży jezuitów

 
 
 
Chatka przy leprozorium
 
  Misjonarze mieszkali w stolicy kraju Tananariwie, a do Ambahiwurak dojeżdżali tylko z żywnością lub posługą duchową. Przybysz z Polski postanowił zmienić ten zwyczaj i na stałe zamieszkać ze swoimi podopiecznymi. Przy leprozorium w Ambahiwurak wybudowano dla niego skromną chatkę. O. Beyzym wszelkimi siłami starał się poprawić warunki bytowe chorych. Własnymi rękami naprawiał ich baraki, żebrał (gdzie tylko mógł) o pieniądze na lepsze wyżywienie, przynosił im odzież. Jednocześnie zaczął intensywnie uczyć się miejscowego języka, aby móc nieść posługę duchową i spowiadać swych podopiecznych. Po blisko pół roku trwających wysiłkach odnotował pierwszy sukces: żaden z pacjentów nie umarł z głodu, co wcześniej nie było rzadkością. Gwałtownie spadła też liczba zmarłych na trąd.
 
 
  
O. Jan Beyzym z trędowatymi dziećmi w Ambahiwuraku.

Fot. archiwum księży jezuitów

 
 
 
Bez lęku i wstrętu
 
  Wystarczyła stosunkowo niewielka poprawa warunków życia - nieco większe racje żywnościowe i dbanie o czystość - aby straszliwa choroba straciła swój impet. Zapewne też nie bez znaczenia było i to, że trędowaci nagle poczuli, że nie są sami ze swoją tragedią. Spotkali kogoś, kto wyciągnął do nich pomocną dłoń. I nie była to dłoń rzucająca garść ryżu z bezpiecznej odległości, ale ręka podająca pożywienie do ust, pomagająca podnieść się na posłaniu i opatrująca rany.
 
 
Szczodrość Polaków
 
  Od początku pobytu na Madagaskarze największym marzeniem o. Beyzyma była budowa szpitala dla trędowatych. Zbieranie funduszy na miejscu, a nawet w zasobnej Francji szło jednak opornie. Dlatego też polski misjonarz zaczął szukać wsparcia w swej ojczyźnie. Słał prośby o pomoc zarówno w korespondencjach do czasopisma "Misje Katolickie", jak i w listach do osób prywatnych.
Okazało się, że w kraju nękanym własnymi problemami narodowymi i społecznymi, gnębionym od ponad stu lat przez zaborców, nie brakuje osób gotowych podzielić się swoimi skromnymi nieraz środkami do życia z obcymi ludźmi żyjącymi gdzieś daleko, tysiące kilometrów dalej. Szczególną pomoc otrzymał o. Beyzym od bł. Marii Teresy Ledóchowskiej, która porzuciła karierę damy dworu w Salzburgu dla działalności misyjnej i walki z niewolnictwem. Przekazała ona na misje na Madagaskarze hojne datki pieniężne, najpotrzebniejsze przedmioty codziennego użytku orazi szaty liturgiczne.
Wsparcia nie odmówili też dawni wychowankowie z Chyrowa. Jeden z nich zorganizował w konwikcie loterię fantową, z której zysk przeznaczono dla podopiecznych o. Beyzyma. Z różnych stron wyrażano gotowość podjęcia pracy w przyszłym szpitalu. Tylko raz o. Jan otrzymał list z "radą", by... wystrzelać lub wytruć trędowatych, co bardzo oburzyło spokojnego zwykle misjonarza.
 
 
Tygodnik Tygodnik DOMINIK Tygodnik Miesiecznik Służba