2004  nr. 12
 
  Redakcja składa podziękowania Siostrom z Prowincji Krakowskiej Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo oraz Księdzu Mieczysławowi Kozłowskiemu - Kustoszowi Sanktuarium Matki Bożej Objawiającej Cudowny Medalik w Zakopanem - Olczy za pomoc merytoryczną oraz udostępnienie archiwum i zdjęć.  
 
 
 Dzieciństwo pełne trosk 1   
 
 Drogi życia Katarzyny Laboure 2   
 
 Czas objawień 3   
 
 Dar matczynej miłości 4   
 
 Siostry niosące miłosierdzie 5   
 
 Kaplica Matki Bożej  
od Cudownego Medalika
6   
 
 "Zrozumiałem wszystko" 7   
 
 Rycerz Niepokalanej 8   
 
 Apostolat Maryjny 9   
 
 Stowarzyszenie  
Dzieci i Młodzieży Maryjnej
10   
 
 Promienie pośredniczki łask 11   
 
 Sanktuarium na Olczy 12   
 
 Litania na Uroczystość 
Niepokalanego Poczęcia NMP
13   
 
 
 
 
 
 
 
wydawnictwo   prenumerata sprzedaż wysyłkowa  sklep   kontakt  strona główna
 
  
  Promienie pośredniczki łask
 
  Szacuje się, że od czasów św. Katarzyny Labouré do czasów dzisiejszych Cudowny Medalik przyjęło około miliarda wiernych na całym świecie. Łask, które dzięki niemu wyprosiła Niepokalana, nikt nie jest w stanie zliczyć.
 
 
 
 Słyszało nas całe niebo

5 grudnia 1987 r. moja koleżanka z pracy, Ewa, wracała wraz z mężem Wojciechem do domu. Szli drogą wlotową z Oleśnicy, a było już ciemno. Nagle wjechał w nich rozpędzony samochód. Kierowca uciekł. Po chwili na potrąconych ludzi najechał drugi kierowca - prawdopodobnie nie zdążył wyhamować. Straszliwie poturbowany Wojciech zmarł w drodze do szpitala. Ewa była nieprzytomna i miała liczne potłuczenia. W domu pod opieką babci czekały dzieci w wieku 4 i 6 lat oraz roczne niemowlę.


W szpitalu zaczęła się walka o życie Ewy. Stwierdzono u niej uszkodzenie rdzenia mózgowego. Lekarze mówili, że jeśli nawet przeżyje, to wyjdzie z nabytym upośledzeniem. Kiedy dowiedziałem się o całym zajściu, codziennie wraz z rodzicami i przyjaciółmi modliliśmy się o łaskę uzdrowienia. Piętnaście dni po wypadku razem ze znajomą odwiedziliśmy Ewę. Przez cały ten czas nie odzyskała przytomności. Poprosiłem pielęgniarkę, by zwilżyła usta chorej święconą wodą i nałożyła jej Cudowny Medalik. Codziennie modliłem się do Niepokalanej, by wstawiła się u Trójcy Świętej za tą chora matką trojga dzieci.


24 grudnia nad ranem Ewa odzyskała przytomność. Pokazywała coś rękami i próbowała mówić, ale nikt nie mógł jej zrozumieć. Rozpaliły się jednak iskry nadziei. Modliliśmy się jeszcze długo, prosząc też o wstawiennictwo św. Maksymiliana i św. s. Faustynę. Chyba całe niebo słyszało nasze wołanie. I oto Ewa żyje, jest zdrowa i normalna (pozostał jej tylko w małym stopniu niedowład jednej stopy). Dzięki Ci, Maryjo, za Twe orędownictwo u Trójcy Przenajświętszej i Tobie, św. Maksymilianie oraz Wam, wszyscy Święci, za wysłuchanie modlitwy o łaskę uzdrowienia Ewy.

  
  Piotr z rodzicami i przyjaciółmi
 
 
Oto życie i zbawienie
 
  Lawina śniegowa zasypała pewną wioskę w Alpach. Przywołani na pomoc żołnierze znaleźli kobietę z córką, które przeżyły 12 godzin w przerażeniu nie do opisania. Matka opowiadała, że jej dziecko leżało zemdlone przez parę godzin, a ona była pewna, że jest martwe i sama pragnęła, żeby i do niej śmierć przyszła jak najprędzej, aby długo nie konała nad ciałem swojego dziecka. Obie nieszczęsne uczyniły już Bogu ofiarę ze swego życia. Wtem dotknęła ją zlodowaciała ręka córki. "Gdzie jesteśmy, mamo?". "Jesteśmy w rękach Boga" - odpowiedziała. Ciemność była zupełna.

Koło wieczora usłyszały głuchy łoskot. Był to odgłos siekier żołnierzy, którzy nieśli im ratunek. Teraz biedne zagrzebane odzyskały nadzieję. "Naprzód! Naprzód! jesteśmy tutaj! Na miłość Boga i Dziewicy Niepokalanej, naprzód!". Był wieczór, kiedy żołnierze przedarli się do kobiet przez warstwy śniegu. Włosy matki pobielały przez 12 godzin tego zakopania żywcem w śniegu. Obie uratowane pokazywały medaliki, które nosiły na szyi i mówiły: "Oto życie i zbawienie".
 
 
  
 
 
 Uratowany od zguby

Trzy lata temu mój 18-letni dziś syn związał się z grupą młodzieżową "metalowców". Trwało to prawie rok.

Kiedyś słuchając audycji "Radia Maryja" uświadomiłam sobie, jak daleko Marcin zaszedł. To, co się z nim działo, było horrorem, spustoszeniem i tragedią. Doszło do tego, że zażywał środki odurzające. Właśnie wtedy dostałam od bratanicy z Zamościa Cudowny Medalik. Z płaczem, prawie na kolanach wybłagałam, żeby dał sobie założyć ten Medalik na szyję. Sama zaczęłam odmawiać Różaniec w jego intencji. Nosił Medalik przez niecały miesiąc. Potem go zdjął. Ja, nie rezygnując, wszyłam Medalik w jego rzeczy i nosił go nie wiedząc o tym.

Od tego czasu minęły dwa lata. Syn bardzo się zmienił. Nie słucha już tej strasznej muzyki, kolegów ma innych. Jestem wdzięczna Matce Bożej za ocalenie mego syna od zguby. Proszę o przybliżenie mi Apostolstwa Maryjnego. Czuję, że mogę się tym zająć.
  
  J. S.
 
 
 
 Zapomniany Medalik

Jestem dziadkiem 18-letniej wnuczki, która za przyczyną Niepokalanej została ocalona od niechybnej śmierci. Agnieszka od 9 roku życia mieszka wraz ze swoją matką w Niemczech. Była wychowana po katolicku. Niestety, w miarę upływu czasu przestała się modlić i chodzić do kościoła. Stała się powoli ateistką. Na któreś jej urodziny przywiozłem z Polski i podarowałem jej Cudowny Medalik z prośbą, żeby go nosiła. Ale ona powiesiła go w swoim pokoju na ścianie. Dobre i to - pomyślałem.


Mijały lata. Kiedy ukończyła 18 lat, dostała własny samochód. Pewnego dnia postanowiła zrobić babci niespodziankę i przyjechać do Bydgoszczy. Już na terenie Polski doszło do straszliwego wypadku samochodowego. Zderzenie czołowe z większym samochodem. Agnieszka 3 dni leżała w szpitalu nieprzytomna. Kiedy odzyskała przytomność, lekarze nie stwierdzili u niej żadnych obrażeń. Z samochodu została kupa złomu, która do niczego się nie nadawała. Przed wyjazdem Agnieszka zdjęła ze ściany dawno zapomniany już Cudowny Medalik i założyła go na szyję. Cała nasza rodzina jest pewna, że za wstawiennictwem Matki Bożej Agnieszka została cudownie uratowana od śmierci czy kalectwa.
{podis_ramkazol}
Benedykt

 
 
 
 Dziś nie, jutro - tak

Do naszego szpitala pogotowie przywiozło kobietę, lat 52, ciężko chorą na raka wątroby. Miała silne bóle, wymiotowała żółcią, jęczała bez przerwy. Lekarz po zbadaniu orzekł, że jej stan jest beznadziejny. Podeszłam do łóżka chorej, żeby założyć kroplówkę dożylną. Nic nie mówiłam chorej na temat spowiedzi. Ona sama odezwała się ze złością: "Pewnie siostra chciałaby, żebym się wyspowiadała. Co to, to nie". I odwróciła się do mnie plecami.

Nie okazałam niezadowolenia. Poszłam do kaplicy. Siostry w tym czasie modliły się i poprosiłam, by westchnęły również za ciężko chorą kobietą. Potem poprosiłam pielęgniarkę, by włożyła pacjentce pod poduszkę Cudowny Medalik. Siostra przychyliła się do mojej prośby. To była sobota wieczór.

Rano w niedzielę przyszłam na dyżur, a tu ciężko chora prosi księdza. Kapłan dość długo ją spowiadał. Po spowiedzi kobieta wyciągnęła ręce spod kołdry i poprosiła o oleje święte. Następnie powiedziała: "Proszę o gromnicę. Pragnę umierać po katolicku". Przed przyjęciem Komunii św. chora głośno mówiła: "O Jezu, przebacz mi moje grzechy, ja taka grzesznica. Czy jestem godna przyjąć Cię do swego serca? Boże, daruj mi wszystkie grzechy". I łzy spływały jej po twarzy. Nie potrafię dokładnie powtórzyć tych szczerych aktów skruchy. Na sali był jeden szloch. Wszyscy płakali, chore, pielęgniarki i ja. Co może zdziałać łaska Boża! Dziś nie, jutro - tak.
  
  Siostra Irena
 
  Zdjęcia: Archiwum Sióstr Miłosierdzia
 
 
Tygodnik Tygodnik DOMINIK Tygodnik Miesiecznik Służba