2004  nr. 2
 
  Redakcja składa podziękowania Ojcu Prowincjałowi Franciszkowi Bieńkowi, Ojcu Romanowi Zajšcowi oraz Ojcu Czesławowi Hensel za pomoc merytorycznš oraz udostępnienie archiwum i zdjęć. Serdeczne Bóg zapłać! 
 
 
 W służbie tym, którzy cierpią 1   
 
 Żołnierz, awanturnik, 
hazardzista
2   
 
 Właściwa droga 3   
 
 Znak czerwonego krzyża 4   
 
 Poświęcenie bez granic 5   
 
 W 25 krajach świata 6   
 
 Ewangelia miłości i miłosierdzia 7   
 
 Polskie ścieżki kamilianów 8   
 
 Matka Boża Uzdrowienie Chorych 9   
 
 Bezdomni... 10   
 
 Starsi... 11   
 
 ...chorzy są naszymi panami... 12   
 
 Litania do św. Kamila13   
 
 
 
 
 
 
 
wydawnictwo   prenumerata sprzedaż wysyłkowa  sklep   kontakt  strona główna
 
  
  Znak czerwonego krzyża
 
  Oto zupełnie inny Kamil de Lellis. W niczym nie przypomina dawnego szorstkiego żołnierza i rozpustnego hulaki. Służąc chorym z troską, którą śmiało można porównać do matczynej, usiłuje nadrobić stracone lata.
 
 
Dłońmi i sercem
 
  Przyjąwszy obowiązki zarządcy szpitala, Kamil dalej osobiście opatrywał i obmywał chorych. Troszczył się o nich nie tylko rękami, ale i dobrym słowem. Jako gospodarz powierzonej mu placówki starał się poprawić warunki materialne, w jakich prowadzono leczenie. Mimo oszczędności i wyrzeczeń (zrezygnował z własnego wynagrodzenia) często brakowało środków nawet na podstawowe potrzeby. Codziennie był świadkiem złego traktowania pacjentów przez personel szpitalny. Zdarzało się nieraz, że musiał wyrzucić z pracy jakąś osobę, która notorycznie zaniedbywała swoje obowiązki.
 
 
W kręgu podejrzeń
 
  W końcu Kamil doszedł do wniosku, że sytuację poprawić będzie można tylko przez połączenie wysiłków ludzi myślących podobnie jak on. Widział, że w jego otoczeniu są osoby traktujące pracę z chorymi jak posłannictwo, a nie jak przykry, wzbudzający wstręt obowiązek.
Tak doszło do powstania wspólnoty "dobrych i pobożnych mężczyzn". Spotykali się wieczorami na wspólnych modlitwach i dyskusjach o sposobach skuteczniejszego pomagania chorym. Zdemoralizowani pielęgniarze poczuli się zagrożeni w swej bezkarności. Niepokój pojawił się też w sercach przełożonych Kamila. Zarzucono mu, że głosząc szczytne cele w istocie dąży do przejęcia władzy nad szpitalem. Szpitalnikom zgromadzonym wokół Kamila zabroniono dalszej działalności.
 
 
Ważna decyzja
 
  Kamil próbował odpierać krzywdzące zarzuty, lecz cóż znaczyło jego słowo - słowo człowieka niewykształconego z niechlubną przeszłością...
Wtedy postanowił: zostanie księdzem. Dla osoby 32-letniej, mającej kłopoty z czytaniem i pisaniem nie było to rzeczą prostą. Jednak Kamil uparł się. Przez dwa lata, wykorzystując każdą wolną chwilę, z wytrwałością uczył się łaciny i teologii. Poznawał treść katechizmu i podstawy filozofii. Aż w końcu dopiął swego.
Po święceniach Kamil ze współpracownikami opuścił szpital św. Jakuba. Nowym miejscem ich pracy stała się inna rzymska lecznica - szpital Świętego Ducha.
 
 
  
Szpital Świętego Ducha w Rzymie (fotografia archiwalna)
 
 
 
Bez klasztornego muru
 
  Skromne zrazu dzieło Kamila systematycznie się rozwijało. Watykan zaaprobował działalność nowej wspólnoty i wydał pozwolenie, by jej członkowie nosili na habitach czerwony krzyż. Tak oto w nieoczekiwany sposób wyjaśniło się znaczenie proroczego snu matki Kamila. W następnych latach zgromadzenie zaczęło zakładać swoje placówki w innych włoskich miastach.
Troska i życzliwość, z jakimi ojcowie dobrej śmierci - jak nazywali ich podopieczni - odnosili się do osób ciężko chorych i umierających sprawiła, że wspólnota ojca Kamila zdobywała sobie coraz większe uznanie wśród dostojników Kościoła.
Kamil początkowo wzbraniał się przed sugestiami, by przekształcić wspólnotę w zakon. Sądził, że powinno się z tym wiązać odgrodzenie od świata murem klasztornym, a tymczasem członkowie jego zgromadzenia nieustannie stykali się z ludźmi świeckimi. W końcu dał się przekonać. Wystąpił ze stosowną prośbą i w 1591 r. papież Grzegorz XIV nadał wspólnocie uprawnienia niezależnego zakonu.
 
 
 
 To moje dzieło!

Posądzenie o nielojalność wobec kierownictwa szpitala św. Jakuba i chęć zawładnięcia lecznicą dotknęły Kamila do żywego. Czuł się zdruzgotany. Nie wiedział, co dalej robić. Gdy wrócił do swej celi, zastał pomieszczenie w nieładzie. Jakiś niegodziwiec cisnął nawet na ziemię krzyż z figurą Jezusa. Kamil z szacunkiem podniósł krucyfiks i zaczął się żarliwie modlić. I wtedy ujrzał, jak Zbawiciel odrywa dłoń od krzyża i wyciąga ją ku niemu. Jednocześnie usłyszał Jego słowa: Nie bój się człowieku małej wiary! To dzieło nie twoje, lecz Moje jest! Było to najbardziej przejmujące doświadczenie w życiu Świętego.
 
 
  
Chrystus pociesza św. Kamila.
 
 
 Znak nadziei i otuchy

Ojciec Kamil szukał chorych wszędzie, na ulicy, w szpitalu, w przytułkach. Czerwony krzyż na kamiliańskim habicie stał się dla cierpiących znakiem nadziei i otuchy. Nie odbył żadnych studiów medycznych, nie kształcił się na uniwersytetach, a jednak trudno sobie wyobrazić lepszego pielęgniarza i opiekuna. Często napominał swoich współpracowników: "Bracie, więcej serca w twoich dłoniach!". Chciał, żeby zakonnicy nie tylko odwiedzali chorych, ale na stałe mieszkali w szpitalach, aby cały czas móc służyć cierpiącym. Wymagał od braci, by wykonywali wszystkie czynności przy pacjentach - od tych najpośledniejszych, jak zamiatanie podłogi i wynoszenie nieczystości, po sprawowanie posługi duchowej.
 
 
Tygodnik Tygodnik DOMINIK Tygodnik Miesiecznik Służba