2005  nr. 10
 
  Redakcja składa podziękowania Jego Ekscelencji Księdzu Biskupowi Kazimierzowi Górnemu - Ordynariuszowi Diecezji Rzeszowskiej; Księdzu Januszowi Sšdelowi - Redaktorowi Naczelnemu "ródła Diecezji Rzeszowskiej" i Wicekanclerzowi Kurii Rzeszowskiej; Księdzu Doktorowi Andrzejowi Motyce - Postulatorowi diecezjalnemu procesu beatyfikacyjnego ks. Władysława Findysza; Księdzu Piotrowi Tarnawskiemu - Postulatowowi rzymskiemu; Księdzu Redaktorowi Sylwestrowi Łšckiemu CMSA oraz Siostrom Loretankom za pomoc merytorycznš oraz udostępnienie archiwum i zdjęć.  
 
 
 Ocalić od zapomnienia 1   
 
 Pierwsza szkoła wiary 2   
 
 Wybór drogi życia 3   
 
 Duszpasterz czasu wojny 4   
 
 Walka o dusze 5   
 
 Sąd nad kapłanem 6   
 
 Zwycięstwo księdza Władysława 7   
 
 Ostatnie dni ks. Findysza 8   
 
 W ludzkich 
sercach i wspomnieniach
9   
 
 Odebrać ludziom Boga 10   
 
 Beatyfikacja w Roku Eucharystii 11   
 
 W służbie Bogu i Narodowi 12   
 
 Modlitwy13   
 
 
 
 
 
 
 
wydawnictwo   prenumerata sprzedaż wysyłkowa  sklep   kontakt  strona główna
 
  
  W ludzkich 
sercach i wspomnieniach
 
  Ksiądz Władysław Findysz był proboszczem w Nowym Żmigrodzie przez 23 lata. Każdy dzień z tych 23 lat wypełniony był duszpasterską troską o dobro powierzonych sobie owieczek. Uświęcał je nie tylko poprzez głoszenie słowa Bożego, ale także przez przykład własnego życia. 18 wychowanków ks. Findysza wybrało stan kapłański lub zakonny. Czyż można się dziwić, że pozostawił po sobie setki ciepłych i wzruszających wspomnień?
 
 
  
Doczesne szczątki ks. Władysława zostały przeniesione z cmentarza w Nowym Żmigrodzie do kaplicy Matki Bożej Bolesnej w kościele parafialnym, gdzie często modlił się Błogosławiony. Sarkofag z relikwiami zdobią symbole kapłaństwa - stuła i kielich, męczeństwa - liście palmowe i cierń oraz zwycięstwa - wieniec laurowy wieńczący trumnę.
 
 
 Dyskretna posługa

Był dobrym pasterzem, znał problemy swoich parafian i często pomagał w rozwiązywaniu trudnych sytuacji. Mąż mojej przyjaciółki był na stanowisku partyjnym w związku z tym nie mieli ślubu kościelnego. W rozmowie z moją przyjaciółką poruszył ten temat i zaproponował, że w największej dyskrecji da im ślub. Tak więc w późnych godzinach nocnych czekał na nich w kościele i udzielił sakramentu małżeństwa, za co byli mu wdzięczni, a mnie to opowiedziała przed swoją śmiercią
(K. Dziadosz).

 
 
 
 Uśmiech i dobroć

Do dzieci zwracał się z uśmiechem i serdecznością. Dużo spacerował, można go było zobaczyć na rynku energicznie idącego i rozdającego promienne uśmiechy, z charakterystyczną laską stukającą o chodnik i nad rzeką, gdzie miał swoje ulubione miejsce. (...) Przechodząc zatrzymywał się i rozmawiał z każdym, kto chciał z nim porozmawiać. Widząc proboszcza podchodziłem i kłaniałem się, on zatrzymywał się. Rozmawiając roztaczał aurę dobroci, głaskał, czasami przytulił (A. Stojałowski).
 
 
 
 Dał mi nadzieję i odwagę

Jako proboszcz parafii w Nowym Żmigrodzie miał zwyczaj przechadzania się ulicami miasteczka i rozmawiania z ludźmi. Nigdy nie czekał na pozdrowienie, ale sam pozdrawiał każdego spotkanego człowieka. Dbał o każdą duszę. Znał sytuację duchową i materialną każdego młodego człowieka, dziecka, każdej rodziny. (...) Z powodu partyjnej przynależności spotkałam się ze strony wielu ludzi z przykrościami, ale ks. Findysz nigdy nie okazał mi ani krzty dezaprobaty. (...) Ks. Findysz nigdy nie krytykował, nie mieszał się do polityki, nie działał, bo troszczył się o każdego powierzonego mu człowieka. (...) Po śmierci męża pozostałam z trójką dzieci. Bardzo rozpaczałam, wydawało mi się, że sama sobie ze wszystkim nie poradzę. W tych trudnych chwilach swą modlitwą wspierał mnie ks. Findysz. Odwiedził mnie kiedyś, mimo że byłam w partii i z ojcowską troską powiedział: "Ja wymodlę, żeby się wam dobrze powodziło, że wychowasz te dzieci. Tylko już nie płacz, nie biegaj ciągle na cmentarz, bo nie masz czasu na pracę". Taką jego pomoc cenię sobie bardzo i wiem, że te jego odwiedziny dodały mi odwagi i nadziei (Anna Mazur, nauczycielka ze
żmigrodzkiego liceum).

 
 
 
 Przyjaciel wszystkich

Przychodził do naszego gimnazjum, aby uczyć religii. W klasie było tylko dwie uczennice wyznania rzymsko-katolickiego, a reszta wyznania mojżeszowego, dlatego nasze lekcje religii były łączone z innymi klasami. Pewnej niedzieli ks. Findysz zorganizował wycieczkę do sanktuarium Maryjnego w Kochawinie - dawne województwo lwowskie. Z wycieczką pojechała cała klasa niezależnie od wyznania - ks. katecheta wszystkich traktował jednakowo - był ich przyjacielem (J. Brach-Frużyńska, uczennica ks. Findysza z Drohobycza).
 
 
  
Nowy Żmigród zawsze pamięta o swym wielkim duszpasterzu. Na zdjęciu: obchody 40. rocznicy śmierci ks. Władysława Findysza. Uroczystość odbyła się na żmigrodzkim rynku, a przewodniczył jej ks. bp Kazimierz Górny.
 
 
 Nieoceniony wzór

Był dla mnie we wszystkim nieocenionym wzorem; nauczyłem się od niego wielu bezcennych rzeczy i to pozostało mi już na całe życie... Podziwiałem u niego sumienność i obowiązkowość. To on mnie nauczył, że do kazania trzeba się przygotowywać przez cały tydzień. Już w niedzielę poprzednią czyta się Ewangelię i rozmyśla się nad nią cały tydzień i prosi się Boga o światło i skuteczność słów. W sobotę wieczorem sporządza się obszerną pisemną dyspozycję! Wszystko trzeba oprzeć o Boga, a nie budować na mądrości ludzkiej... Rzeczywiście; to się czuło, że jego kazania są opracowane i omodlone! Były jasne, zwarte, bez zbędnych słów, praktyczne, związane z życiem. Ludzie lubili go słuchać (ks. Józef Kilar, współpracownik ks. Findysza z parafii w Strzyżowie).
 
 
 
 Brewiarz i różaniec

Co mnie uderzało w jego kapłańskim życiu, to szczera (...) głęboka pobożność. Wstawał bardzo wcześnie i o jednakowej porze tak zimą, jak i latem. Wcześnie rano odmawiał brewiarz, różaniec zimą w domu, latem spacerując po dziedzińcu plebanii. (...) Ks. Władysław miał piękny zwyczaj umieszczania na biurku brewiarza i na nim różańca. Jeżeli różaniec leżał na brewiarzu to znaczyło, że ks. Władysław spełnił wszystkie swoje kapłańskie obowiązki danego dnia; jeśli różaniec leżał obok brewiarza znaczyło to, że nie wszystko zostało spełnione. Gdy coś zakłóciło porządek dnia, należało dopełnić obowiązków, tak by nawet w godzinach późno wieczornych różaniec znalazł się położony na brewiarzu (ks. Jan Baran, jeden z wychowanków ks. Findysza).
 
 
 
 Ostatnie spotkanie

Idąc placem Żwirki i Wigury w Jaśle spostrzegłem nagle wysokiego kościstego mężczyznę w popielatej czamarze, o twarzy szaro-sinej, za którym ludzie się oglądali. Szedł, a raczej wlókł się powoli. Potem usiadł na ławce, widocznie czekał na autobus. Widać było, że jest chory. Chyba nie znałem go. Ale po chwili wpatrywania twarz wydała mi się znana. Nadeszła moja była uczennica. Zaczepiłem ją i zapytałem o tego księdza. "To pan go nie poznał? To nasz proboszcz Findysz". Osłupiałem. Przystąpiłem do dziekana i mówię: "Przepraszam księdza, że nie pozdrowiłem, ale nie poznałem". Ks. Findysz na to: "A ja pana zaraz poznałem, ale nie chciałem zaczepiać. Myślałem, że pan boi się milicji". Żachnąłem się. "Za kogo mnie ksiądz bierze? Nie jestem partyjnym". Zaczęliśmy rozmawiać. Ks. Findysz: "Zmieniłem się bardzo w więzieniu w ciągu tych kilku miesięcy. Traktowano mnie jak bandytę, upokarzano, wyśmiewano, popychano po chamsku, głodzono. A gdy poprosiłem o jedzenie, karmiono mnie słonymi śledziami nie dając kropli wody do popicia. Bardzo się męczyłem. Zacząłem chorować". Po jego twarzy płynęły łzy jak dziecku. Z wielkim żalem w sercu zacząłem go pocieszać, że w domu przyjdzie do siebie. Nadjechał autobus do Żmigrodu. Musieliśmy się rozstać. Już na zawsze. Wkrótce potem zmarł na raka gardła (wspomnienia ówczesnego kierownika szkoły w Łężynach; źródło: kazanie ks. abpa Edwarda Nowaka, sekretarza Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, wygłoszone w 40-lecie śmierci Sługi Bożego ks. Władysława Findysza, Nowy Żmigród 16 sierpnia 2004 r.).
 
  Zdjęcia: ks. J. Sądel
 
 
Tygodnik Tygodnik DOMINIK Tygodnik Miesiecznik Służba