2010  nr 7
 
  Redakcja składa podziękowania za pomoc w przygotowaniu numeru oraz udostępnienie archiwum i zdjęć: Ojcu Doktorowi Błażejowi Kurowskiemu – Kustoszowi sanktuarium na Górze Œw. Anny, Ojcu Wojciechowi Piętowskiemu OFM oraz Ojcu Sławomirowi Klimowi OFM. Serdeczne Bóg zapłać!  
 
 
 Jezus, Maryja i Anna 1   
 
 Radość Anny i Joachima 2   
 
 Matka Niepokalanej 3   
 
 Góra świętej Anny 4   
 
 Tu króluje św. Anna 5   
 
 Wielki plac modlitwy 6   
 
 Idziemy na kalwarię do św. Anny 7   
 
 Annogórscy pielgrzymi 8   
 
 Miejsce modlitwy językiem swego serca 9   
 
 Wyjątkowy zakątek Opolszczyzny 10   
 
 Pozdrowienie świętej Anny11   
 
 
 
 
 
 
 
wydawnictwo   prenumerata sprzedaż wysyłkowa  sklep   kontakt  strona główna
 
  
  Miejsce modlitwy językiem swego serca
 
 
  
Ojciec Błażej wraz z uczestnikami pielgrzymki miłośników koni i zaprzęgów konnych

Fot. o. Wojciech Piętowski OFM

 
 
  O pielgrzymach przybywających na Górę św. Anny, o czasach, kiedy nie można tu było głośno modlić się po polsku oraz o wielkiej wierze w pomoc św. Anny opowiada kustosz annogórskiego sanktuarium o. dr Błażej Kurowski OFM.
 
  Na Śląsku św. Anna jest czczona od najdawniejszych wieków. Skąd wzięła się ta szczególna cześć Ślązaków dla matki Maryi i babci Jezusa?

Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Kult św. Anny sięga bowiem aż do średniowiecza. Myślę, że jedną z przyczyn jest fakt, że w dawnych czasach kobiety często umierały przy porodzie. Brakowało wówczas matek oraz babć i być może dlatego św. Anna stała się matką i babcią dla wielu. Kobiety spodziewające się dziecka uciekały się do niej, ponieważ choć była w podeszłym wieku, to szczęśliwie powiła Córkę. Tutaj, na Górze św. Anny, kult ten rozkrzewili franciszkanie, co nie znaczy, że nie czczono tu św. Anny przed ich przybyciem.

Ilu pielgrzymów przybywa na Górę św. Anny w ciągu roku?

Przybywa do nas do trzystu tysięcy wiernych rocznie. Przyjeżdżają grupy niemal z całej Polski, ze wszystkich diecezji. Jest też dużo grup z zagranicy - obecnie najwięcej pielgrzymów przyjeżdża z diecezji bawarskiej. Przybywają również pielgrzymi z Teksasu, Filipin, Peru, Tajlandii. Wielu z tych zagranicznych pielgrzymów ma śląskie korzenie. W XIX w. miała bowiem miejsce fala emigracji z powodu wielkiej biedy panującej wówczas na Śląsku. Ci emigranci zakładali rodziny na obczyźnie. Teraz tutaj przyjeżdżają ich potomkowie. Wielu pielgrzymów przybywa na Górę św. Anny, podążając szlakiem papieskim, bowiem Ojciec Święty Jan Paweł II w 1983 r. nawiedził to sanktuarium.

Góra św. Anny to także miejsce modlitw mniejszości narodowych. Mówi się, że tu każdy modli się "językiem swego serca" - co to oznacza?

Idea modlitwy "językiem swojego serca" ma długą tradycję, która sięga prawdopodobnie XVIII w. Kiedy na Górę św. Anny przybyli z Małopolski pierwsi franciszkanie reformaci, Śląsk należał do monarchii austriackiej. Potem, w czasach pruskich, pielgrzymowali tu Morawianie, Niemcy i Polacy. Wszyscy mogli modlić się tu w swoim języku. Odpusty kalwaryjskie organizowane były i po niemiecku, i po polsku, i po morawsku, i po czesku. Ustawodawstwo pruskie w XIX w. nie było życzliwe Polakom, jednak śląscy księża wywalczyli, żeby polskie dzieci mogły uczyć się religii w języku ojczystym. Dzięki temu choć ślązacy musieli używać innego języka w szkole i w urzędach, to jednak modlili się po polsku. W czasach niemieckich przyjeżdżali tutaj paulini z Jasnej Góry, żeby spowiadać w języku polskim. Po 18 godzin siedzieli w konfesjonałach. W latach trzydziestych ubiegłego wieku nie można było odprawiać tu Mszy św. po polsku, ale Polacy po polsku się spowiadali. Dziś to się zmieniło. Dziś przyjeżdżają Polacy z Niemiec ze swoimi dziećmi, które niestety nie zawsze znają język ojców, i proszą nas, żebyśmy te dzieci wyspowiadali po niemiecku... W obecnych czasach po niemiecku odprawiamy specjalną Mszę św. dla mieszkających na Śląsku Niemców. Zatem Góra św. Anny zawsze była miejscem, gdzie słyszało się wiele języków. Było to miejsce, które jednoczyło w wierze ludzi różnych narodowości i kultur.

Jaka jest historia relikwiarza św. Anny, który znajduje się w sanktuarium?

Historia relikwiarza sięga XVI w. Istnieje biskupi dokument, potwierdzający przekazanie relikwii św. Anny tutejszym franciszkanom. Kiedy podaję ten relikwiarz do ucałowania dzieciom, mówię im, że "dają buziaka św. Annie", tak, jak całuje się babcię. Należy pamiętać, że jest to relikwiarz podwójny - z drugiej strony znajdują się relikwie Krzyża Świętego. Tak więc na górze św. Anny kult matki Maryi zawsze splata się z kultem kalwaryjskim, kultem Męki Pana Jezusa.

Kult relikwii jest ważny, jest częścią pobożności ludowej, bez której nasza wiara nie byłaby taka jak jest, byłaby "smutna", tak jak na obecnie Zachodzie. Ostatecznie jednak to nie relikwie w kulcie świętych są najważniejsze, lecz ich wstawiennictwo u Pana Boga, które może zmienić nasze życie. Przez trzy lata mojego dotychczasowego pobytu na Górze św. Anny byłem świadkiem niemal namacalnych ingerencji Patronki tego miejsca. Podam przykład chłopca, który przed dwoma laty cierpiał na sepsę. Jego rodzice przyjeżdżali tutaj codziennie na Mszę św. na godzinę 7.00 rano. Codziennie, zimą, w mrozy i śniegi. Chyba przez dwa tygodnie. 80 kilometrów w jedną stronę. To dziecko dwa tygodnie konało. Po ludzku ten chłopak był skazany na śmierć. Jego dni, właściwie godziny były policzone. Rodzice - jak później opowiadali - w tym strachu, że on odejdzie, zamierali za każdym razem, kiedy dzwonił telefon. I proszę sobie wyobrazić, że ten chłopak przeżył. W zeszłym roku był tutaj z rodzicami na pielgrzymce dzieci. Rozumiem, że miał świetną opiekę lekarską, że istnieją nowoczesne środki medyczne, maszyny, które pomagały mu wtedy oddychać, ale myślę, że do tego nadzwyczajnego uzdrowienia doszło też dzięki wielkiej wierze rodziców. Pan Jezus mówi przecież w Ewangelii: o cokolwiek poprosicie Boga w imię moje, a sami w to uwierzycie, to wam się spełni...

Drugi przypadek: młody człowiek z Góry św. Anny rozbił się na motorze. Jechał z zawrotną prędkością. Uderzył z taką siłą w passata kombi, że postawił auto na sztorc. Kiedy przyjechało pogotowie i lekarze zdjęli mu z głowy kask, on już konał. Zastanawiali się, czy w ogóle jest sens zabierać go do szpitala... Ten młody człowiek pochodził z bardzo pobożnej rodziny. Matka codziennie przychodziła do kościoła. Również ojciec, rodzeństwo, dziadkowie mieli silną wiarę. Wszyscy się modlili. Odprawialiśmy Msze św. w intencji tego człowieka. A on leżał w szpitalu ze śmiertelnym obrażeniem głowy. Miał podwójne pęknięcie podstawy czaszki. Cała twarz była zmasakrowana i właściwie spłaszczona. Wszystko na twarzy miał połamane. I wyszedł z tego, choć nie miał żadnej szansy. Zrobiono mu operację plastyczną. Teraz, oczywiście, wygląda trochę inaczej. Po trzech tygodniach od powrotu do domu ze szpitala on już grał na trąbce w orkiestrze. I co ciekawe, oprócz straszliwych obrażeń głowy nie miał żadnego innego obrażenia poniżej szyi, żadnego złamania, żadnego pęknięcia, żadnego krwotoku wewnętrznego, tylko śmiertelny uraz głowy... Bóg zapłać Ojcu za tę rozmowę!

 
  Rozmawiali: Katarzyna Curyło i Franciszek Mróz
 
 
  
Młoda Romka - uczestniczka pielgrzymki mniejszości narodowych na Górę św. Anny

Fot. PAP/Krzysztof Świderski

 
 
 
Tygodnik Tygodnik DOMINIK Tygodnik Miesiecznik Służba